DELIBERACJA

Artur Pomierny

Korekta i udział w zbrodni:

Magdalena Paluch

Pokój sprawiał wrażenie zamkniętej kajuty. Takiej, co to nie oddziela Cię od byle czego; widoku morza czy innych ziemskich wspaniałości. Kajuta ta była izolatką od Wszystkiego. A co w tym Wszystkim się zawiera? Przemyślenia, wspomnienia, zmartwienia, życie, świat, kolory, przyjemności i cierpienia. Wreszcie: przyszłość. Po chwili dochodzę do wniosku, że to ostatnie słowo jest idealne. Przyszłość tego Wszystkiego. Jak można myśleć o przyszłości zmartwień, wspomnień i cierpienia, pomyślałem siedząc na środku tej brudnej, wilgotnej kajuty. Nagi niczym pierwszy Adam, a nawet jeszcze bardziej bo nieprzyodziany podarowaną mu łaską, z rękoma skrępowanymi tak, że niemożliwym wręcz, żebym sam sobie to uczynił. Aż tak ściśle i tak boleśnie? To nie ja; to ktoś mnie tu uwięził!

Nagle wchodzi Ktoś. Przez drzwi, za którymi, po ich otwarciu, widać ciemność i pustkę, jeszcze gorsze niż zwyrodnialec może sobie wyobrazić. Mimo odczuwalnego bólu i zdezorientowania, zachowuję się jak zdroworozsądkowy jegomość. Patrzę więc ze zdziwieniem, w co ten osobnik, ten Ktoś, jest poprzepasany. Tak. Po-prze-pa-sany. Ni to ubrany, ni to pokolorowany. Zresztą do kolorów jeszcze wrócę, ważne i bardziej widoczne są kształty. Łeb, szyja, ramiona, ręce, między nimi prostokątny brzuch, dalej pas i nogi. Wszystko w tych kwadratach i prostokątach. Jak z takiej gry co się buduje… Oczy sztywne i szerokie jak graffiti w pionie. Mało ruchliwe, ale wielkie i przenikliwe. Kolory. Zaczynając od góry, od tych prostych kątów, jedzie to wszystko jakby pasami w dół, lekko z ukosa niczym zbita młotem tęcza. Fiolet, żółć – to głowa, pomarańcz – to szyja się kończy; zieleń i bordo – ręce i tułów, niebieski, różowy na pasie, piaskowy poniżej i znowu pomarańczowy, już aż do stóp.


-Kim ty, kurwa, jesteś? Albo czym?! – rzucam zdziwiony i zaskoczony, bo nie tego się spodziewałem w marzeniach o kresie mego istnienia. Odpowiada początkiem znudzony, jakby, oprawca jeden, rutynę co dzień załatwiał, jakby z miską ryżu przyszedł jak co dzień.
– A czego ci w życiu zabrakło, że chcesz tu skończyć?
– Kolorów.
-A jak patrzyłeś przez cały lajf na to życie?
– No… skoro już raz zapytałeś… Chujowo. Czasem tylko było dobrze. Nie powiem, że nie. Ale zwykłości zabrakło, cieszenia się ze zwykłości czy tam normalności.
– No to taki do ciebie przychodzę. Prosty i kolorowy.
– Po co?
– Pocieszyć cię. Dać nadzieję.
– Zaraz. Przecież mnie tu uwięziłeś. – Nagle wydało mi się, że kolory jego przystrojenia nabrały nasycenia.
– Ja?!
– No chyba ty! A kto inny?
– Gówno prawda! Jesteś tu, bo nikt i nic dla ciebie już nie istnieje. Pustelnia! Do niej, niczym przyszłego rozbitka, ocean zmusił cię, płynąć. Tylko to widzisz u końca swych marzeń. W prawej zaś dłoni masz ostrze, na które nie chcesz patrzeć. Dalej uważasz, że ja cię tu uwięziłem?
– No chyba ty! Skoro…
– Zwolna!
Ucichłem, czując jego nerwowość.
– Najpierw powiedz mi, co cię boli? – kontynuował.
– Bolą mnie ręce.
– Proszę bardzo.
Nagle poczułem, jakbym stracił kilka kilogramów. Ruszyłem żwawo ramionami do przodu, by z przerażeniem stwierdzić, że moje ramiona kończą się jeszcze przed łokciami. Nie mam rąk! Ostały się tylko dwa kikuty!
– Co cię teraz boli? Może głowa?
W całkowitym przerażeniu zastanawiałem się, czy ten czort rozumie skomplikowane odpowiedzi; takich przecież potrafię udzielać. Czy ta postać rozumie dodawanie, odejmowanie, dzielenie i mnożenie, te wszystkie działania, które składają się na moje życie? Kolorowy upiór zdążył zrobić w tym czasie dwa kroki w przód i nachylić się do mnie tak, że ostra krawędź jego czerepu uderzyła w moje czoło. Poczułem trochę pieczenie, trochę szczypanie, sam już nie wiem co. Bolało.
– Boli cię głowa czy nie?!
– Nie! – odpowiedziałem z pewna jak powyżej, czując jednocześnie, że chyba marzę; że testuję siebie.
– Dobrze. Co cię jeszcze boli?
Zaryzykowałem, upewniwszy się wreszcie, że to sen jedynie. Mało rozkoszny, ale rozpoznany. Teraz to mu dam czadu, jakiego chciałbym dla tego Wszystkiego.
– Niespełnienie i przeszłość – rzuciłem hardo.
Czując, do czego zmierza, profilaktycznie przymknąłem oczy. Człekopodobny wyprostował się, nabrał po całości czerwonej ekspozycji i jak przypierdolił w mur pomieszczenia, tak rozwalił znaczny jego kawałek, a przezeń wpadło do pokoju światło tak oślepiające, że wnet straciłem od tego blasku wzrok po całości. Cieszyłem się więc tym światłem sekundę, a potem wszystko zgasło. Ciemność kajuty, bladość skóry moich ud, nawet kolorowość tego prostokątnego gościa. Widok tego Wszystkiego. Zapłakałem chwilę, orzekając, że oślepłem na zawsze. (Przerażenie było tak wielkie, że znowu zapomniałem, że to tylko nocna złuda).
– Co, kurwa?! – dopytał krzykliwie, aż ślina w formie kwadratowych pikseli wymsknęła mu się z kącików ust. – To było tak niezrozumiałe, co do mnie powiedziałeś! – powtórzył wściekłe.
– Pytam ponownie, co cię jeszcze boli?!
– Ten sen.
– Proszę bardzo. Uciekaj i nie wracaj.
Gdy obudziłem się w środku nocy z przykrością stwierdziłem, że całkowicie zaciemniony pokój ze wszech miar przypominał tę przeklętą kajutę. Po potworze nie było jednak śladu. I sam nie wiem, czy bardziej mnie to ucieszyło czy jednak…

KONIEC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *